Natalia Szostak - rozmowa z Grzegorzem S.

Robię teatr tam, gdzie jest potrzebny

Grzegorz Stawiak to na Dolnym Śląsku człowiek instytucja. Absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej na wydziale Wiedzy o Teatrze jeździ po województwie i zakłada teatry amatorskie, prowadzi warsztaty teatralne i reżyseruje spektakle. Jego dziełem były już m.in. grupy we Wrocławiu, Bolesławcu, czy - obecnie działające - teatry Antrakt i Czarna Sala w Wałbrzychu i Teatr Kątem w Dzierżoniowie. „Pracuję wszędzie tam, gdzie jestem potrzebny i gdzie może dojechać mój stary opel" - napisał kilka lat temu na swojej stronie internetowej.

Siedzimy w domu Grzegorza w Walimiu. Nie mamy dużo czasu - za parę godzin zaczyna się próba do Monodramu „Belfer" w wykonaniu Grzegorza Szypki - dziś już studenta PWST we Wrocławiu. Reżyser przeprasza, ale jest trochę zmęczony, do 5 rano pracował nad scenariuszem dla teatru z Dzierżoniowa. Zanim zaczniemy rozmowę co chwilę przerywa nam dźwięk telefonu komórkowego.

Pochodzisz z Dzierżoniowa, który nie jest miastem szczególnie aktywnym kulturalnie, twoi rodzice nie mieli nic wspólnego z teatrem - skąd u Ciebie takie zainteresowania?

 Nie wiadomo skąd wzięły się we mnie takie „skłonności". Byłem wraz z moim przyjacielem z liceum nocnym spacerowiczem, miłośnikiem Dzierżoniowa. Chodziliśmy po mieście między dwunastą a drugą w nocy, byliśmy radzi zmianom, jakie tam następują - nowym budowom, wieżowcom, które pewnie teraz wielu mieszkańców wolałoby usunąć. Chcieliśmy, żeby coś się działo w tym naszym mieście.

Mieliśmy humanistyczne zapędy, jak wielu młodych ludzi pisaliśmy wiersze, czytaliśmy „Odrę", „Kulturę", „Tygodnik kulturalny".. Być może z tego czytania, pisania, z tych rozmów pojawiła się myśl, że „fajnie by było, gdyby w naszym Domu Kultury był teatr..". Myślałem, że chciałbym taki teatr poprowadzić, ale sądziłem, że nie potrafiłbym.

„Odrę", kupiłem pierwszy raz w drugiej klasie liceum, był to numer czerwcowy - dla mnie historyczny, mam go do dziś. W tej gazecie ja - mieszkaniec Dzierżoniowa, w którym teatr gościł rzadko - przeczytałem o teatrze Jerzego Grotowskiego. Byłem zdumiony faktem, że w teatrze niekoniecznie musi być zachowany tradycyjny podział na scenę i widownię. Że uprawianie tego teatru wiąże się, jak to mówił Grotowski, z uczestnictwem w Święcie. Artykuł był relacją Leszka Kolankiewicza z przedsięwzięcia „Góra". Ten sam Leszek Kolankiewicz, który zaraził mnie Grotowskim, a tym samym teatrem, był potem jednym z recenzentów mojej pracy magisterskiej w szkole teatralnej..

Później zgłosiłem się do napisania referatu z języka polskiego o teatrze współczesnym. Dzięki temu wyszedłem trochę poza Grotowskiego i dowiedziałem się o rozmaitych teatrach amerykańskich, brytyjskich i tak dalej. Cały ten teatr współczesny różny był od spektakli prezentowanych od czasu do czasu w Dzierżoniowskim Ośrodku Kultury - bardzo tradycyjnych. Mój referat czytałem przez dwa bloki języka polskiego, każdy blok po dwie godziny lekcyjne. Dostałem piątkę. I wtedy już wiedziałem, czym chcę się zajmować.

Kiedy po maturze szedłem do Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy we Wrocławiu wiedziałem na pewno, że chcę robić teatr amatorski, który wydawał mi się bardziej awangardowy, bardziej odpowiadający myśli Grotowskiego niż profesjonalny.

Postanowiłeś zostać instruktorem teatralnym.

Tak, a to studium dawało mi możliwość nauki właśnie w tym kierunku. Poznałem tam znakomitych profesorów, m.in. panią Irenę Rzeszowską, która nauczyła mnie „czuć" teatr. Jeżeli w ogóle czegoś takiego można się nauczyć…

Po tym studium już wiedziałeś, że chcesz dalej się "uczyć" teatru, że chcesz pójść do szkoły teatralnej?

Nie wiedziałem. Po studium szybko zostałem zauważony przez dowództwo Ludowego Wojska Polskiego i wcielony. Poszedłem do wojska - niestety.

W wojsku poznałem panią Krystynę, która prowadziła bibliotekę i która - jak się okazało - też miała teatralne ciągoty. Chyba dzięki niej przetrwałem ten czas w wojsku, bo mogłem uciec od tych wszystkich okropnych rzeczy, które w wojsku się działy i dzieją, i schować się za regałami biblioteki. Polubiliśmy się z panią Krystyną i wpadliśmy na pomysł, żeby w naszej jednostce stworzyć teatr. Tak się rzeczywiście stało, powstał spektakl, który nawet zdobył jakąś nagrodę na festiwalu wojskowym. Za to osiągnięcie dostałem od jednostki pięć dni urlopu. W każdym razie teatr dał mi trochę spokoju w wojsku. Nie musiałem skrobać muszli klozetowych żyletką popołudniu i tak dalej.

Jak na twoje zainteresowania i przede wszystkim - na przywileje z nich wynikające reagowali koledzy z jednostki? Rozumiem, że do spektakli zatrudniałeś samych żołnierzy?

Tak, aktorami byli żołnierze z naszej jednostki. Na początku trochę się odgrywali za te "przywileje", ale w zasadzie byli chętni do gry. Być może działo się tak dlatego, że do nas trafiali ludzie mało przydatni dla wojska. Ironicznie nazywaliśmy samych siebie "wojskiem rakietowym" - łopata, ziemia powietrze. Kierowano do naszej jednostki ludzi, którzy potrafili tylko machać łopatą i całą resztę nieprzydatnych - różnych gitarzystów, poetów, pisarzy. Robiono z nich albo grupę budowlaną, która przerzucała pustaki, albo zatrudniano ich do kopania - ale tu potrzeba było już ludzi w miarę rozgarniętych, a nie takich, którzy śpiewali, grali na gitarze, czy, nie daj Boże, zajmowali się teatrem. Ja trafiłem do plutonu wartowniczego w myśl zasady - niech chociaż stoi skoro nic innego nie potrafi. Było więc sporo ludzi, którzy parę rzeczy w życiu przeczytali, wrażliwych i mądrych, i świetnie się z nimi współpracowało. Poza tym stwierdziliśmy, że do spektakli koniecznie potrzebne są nam dziewczyny, więc poruszono niebo i ziemię i na nasze próby mogły przychodzić też przedstawicielki płci pięknej, ku zachwytowi całej armii. Tym chętniej uczęszczali na nie żołnierze.

Byłeś na tyle już "zarażony" teatrem, że gdziekolwiek się pojawiałeś, próbowałeś to jakoś rozwijać?

Cos z tego zarażenia rosło. Mimo tej możliwości rozwijania się także w wojsku, cały czas próbowałem się stamtąd wyrwać. Taka okazja się nadarzyła. Okazało się, że pewien generał planował wprowadzenie stanu wojennego i należało się pozbyć z armii ludzi "niepewnych", szczególnie tym, którzy mogli mieć coś wspólnego z Solidarnością. My byliśmy właśnie takim rocznikiem i potencjalnymi wichrzycielami. Oddelegowano nas do pracy w kopalni. Zostaliśmy ostrzeżeni, że jeśli opuścimy choć jedną dniówkę grozi nam natychmiastowy powrót do wojska. Myślę, że w ten sposób chciano zapewnić spokój w górnictwie - kluczowej przecież wtedy gałęzi gospodarki. Władze uznały, że nie będziemy strajkować, ale oczywiście i tak strajkowaliśmy.

Kiedy już trafiłem do pracy w kopalni natychmiast stwierdziłem, że trzeba tam zrobić teatr. Zakwaterowano nas w internacie, porozumiałem się z mieszkającym tam polonistą i ten teatr założyliśmy. Prowadziłem go przez rok, wygraliśmy wojewódzki Festiwal Teatrów Przy Kawie, który odbył się w Częstochowie. Rzeczywiście więc to zarażenie było już takie, że wszędzie się ujawniało.

Czy teatrom stworzonym przez Ciebie w czasie pobytu w wojsku udało się przetrwać, mimo         Twojego odejścia?

Niestety, teatry się rozpadały. W Polsce trwał stan wojenny i nikt wówczas nie myślał o teatrzykach w armii. W kopalni można było robić teatrzyk w stanie wojennym, ale Tolek -polonista, który tam ze mną współpracował - ożenił się, zajął studiami podyplomowymi, a po roku wrócił do Szczecina, skąd pochodził.

Kiedy wyszedłeś z wojska, zacząłeś pracę jako instruktor?

Musiałem pracować, bo miałem już rodzinę. Moją przyszłą żonę znałem już od czasów wrocławskiego studium, a że czułem się bardzo samotny i źle znosiłem służbę w armii, to pobraliśmy się jeszcze gdy byłem w wojsku - żeby mieć do kogo wzdychać, pisać listy i tak dalej.

Kiedy skończyła się praca w kopalni wróciłem do żony, do rodziny, bo wkrótce potem urodził nam się syn. Zaczął się okres borykania się z życiem. Ponieważ nie byłem odpowiedzialny już tylko za siebie, nie zawsze mogłem zajmować się tym, co mnie rzeczywiście interesowało.

Pracowałem w Dzierżoniowie jako dyrektor Ośrodka Kultury, mieszkając we Wrocławiu. Potrzebowaliśmy z żoną mieszkania w Dzierżoniowie - dojazdy były zbyt uciążliwe, natomiast we Wrocławiu mieszkaliśmy w trzy rodziny w jednym lokalu - moi teściowie, siostra żony z mężem i dziećmi, i my w trójkę. Ośrodek Kultury obiecał nam mieszkanie służbowe, ale nic z tego nie wyszło. Miałem już dość - wszystko to trwało ponad półtora roku i niemal codziennie rano i wieczorem jeździłem z Wrocławia do Dzierżoniowa i z powrotem. Zrezygnowałem z pracy. Zostałem dyrektorem Ośrodka Kultury we wsi Święta Katarzyna, 20 km od Wrocławia. Pracowałem tam pięć lat i chyba za nadto okrzepłem. W mojej głowie zakiełkowała myśl, że niczym więcej niż dyrektorem już nie mogę być. Usiłowałem prowadzić teatry - w Trzebnicy przez półtora roku, w Oławie przez dwa lata - ale pogodzenie obowiązków dyrektora i instruktora było niemożliwe. Owe "obowiązki dyrektora" łączyły się z ciągłym biesiadowaniem, bo większość rzeczy należało załatwiać przez alkohol. To były dla mnie smutne czasy. Zwolniłem się i postanowiłem nigdy już nie być żadnym dyrektorem.

Wróciłeś do teatru?

Tak. W tym czasie Lech Śliwonik, prezes Towarzystwa Kultury Teatralnej utworzył w PWST w Warszawie zaoczne studia na wydziale wiedzy o teatrze, właśnie dla instruktorów teatralnych. Były to studia praktyczne. Udało mi się na nie dostać. Co siedem tygodni przyjeżdżaliśmy na cały tydzień zajęć, które trwały właściwie od rana do rana - nocami robiliśmy próby. Dzięki tym studiom i ludziom których tam poznałem wyszedłem z dołka, z tego "bycia dyrektorem" i dogłębnie zacząłem rozumieć teatr. Zanurzono nas w teatrze do cna.

Pod koniec studiów poznałem Krzysztofa Stróżańskiego, polonistę z wrocławskiego XIV. liceum. Nadał byłem zarażony Grotowskim i teatr jawił mi się jako instrument edukacji. Myślałem o teatrze który dawałby ludziom coś wprost. Krzysztof zaś chciał założyć klasę teatralną w swoim liceum. Stwierdziliśmy, że jedno z drugim można połączyć. Krzysztof napisał program nauczania, który został zatwierdzony przez kuratorium.

Nasz plan był taki - w klasie najwyżej piętnaście osób (ostatecznie zgodzono się na dwadzieścia), dzieci nie muszą chodzić do szkoły, nie będzie dziennika. Nie ma też ocen. Na zajęcia dzieci przychodzą, bo chcą. Magnesem przyciągającym do szkoły miał być teatr. Nasze przedsięwzięcie było eksperymentem, prawdopodobnie pierwszą klasą teatralną w Polsce, dlatego bacznie się nam przyglądano. Dzisiaj pewnie z niektórych pomysłów bym się wycofał, może jestem już mniej radykalny.. Wychodziliśmy z założenia, że jeśli ktoś jest wybitny w jakiejś dziedzinie, to niekoniecznie trzeba go zmuszać do wnikliwego studiowania innych, można było np. nie chodzić na matematykę a jedynie pod koniec roku zdać z niej egzamin. Ten system sprawdzał się w wielu przypadkach, ale niestety nie wszyscy uczniowie radzili sobie w nim jednakowo dobrze.

Zaliczenia z niektórych przedmiotów były przez dzieci formułowane w języku teatru - w postaci etiud, mini spektakli, oczywiście przy naszej pomocy. Po pokazie należało przygotować wystąpienie, swoistą obronę swojej pracy. To rzeczywiście prowokowało uczniów do poszukiwań, do nauki, a nie do mechanicznego wykuwania wiedzy.

- Ile powstało takich klas?

Trzy, a po łatach jeszcze jedna. Niestety nie mieliśmy samych sukcesów, a naszym porażkom przyglądano się się bacznej. W końcu zlikwidowano klasy w ich pierwotnej formie - nadal nazywały się teatralnymi, ale sprowadzało się to głównie do tego, że częściej prowadzono dzieci do teatru. Nie przedłużono ze mną umowy, klasy dotrwały do matur}' ale już w normalnym trybie.

- Znowu zostałeś bez pracy. Co wtedy zrobiłeś?

Bezrobocie wykorzystałem na napisanie pracy magisterskiej - "Teatr jako narzędzie edukacji".

Po pewnym czasie brak pracy zaczął jednak być uciążliwy. Wtedy mój brat zaproponował, żebyśmy otworzyli razem budkę z piwem w Górach Sowich. "Świetnie" - pomyślałem sobie - "wrócę w swoje strony, przeniosę się w góry..". Jednak te zasiane przez artykuły w "Odrze" ziarno dalej we mnie tkwiło i nie chciało się wyplenić. Ociągałem się z podjęciem decyzji. Ostatecznie zwyciężył we mnie teatr. Zarejestrowałem działalność gospodarczą jako "Instrumentalny teatr wspólnoty" i postanowiłem mszyć się z Wrocławia w poszukiwaniu zleceń. Moja żona wzięła kredyt, za który wydrukowałem foldery reklamowe, wysyłane do domów kultury.

Odzew był spory - zazwyczaj zaczynało się od warsztatów teatralnych, po których powstawała myśl "a może by tak stały "teatr..". Prowadzenie tych zajęć łączyło się z ta bliska mi idea kształtowania człowieka przez teatr, ubogacania go.

Do tej pory prowadziłem warsztaty w wielu miejscach, trudno je nawet wymienić.. Bogatynia, Krotoszyn, Poznań, Konin, Jarocin, Dzierżoniów, Bolesławiec, Wałbrzych.. W niektórych z tych miejsc teatry nie mogły powstać, bo były zbyt daleko od Wrocławia, np. w Jarocinie.

Tak pracuję do dziś. Zrezygnowałem jedynie z samych warsztatów na rzecz stałych grup teatralnych, w ramach których powstają spektakle - nazywane przez mnie "produktem ubocznym" naszej pracy. Cały czas jestem wierny tej idei edukacji przez teatr i najważniejsze dla mnie jest kształtowanie człowieka w trakcie powstawania spektaklu. Nie zawsze się w tym rozumiemy z moimi szefami, dla nich czasem ważniejsze jest jednak powstanie przedstawienia, ale zazwyczaj dają nam wolną rękę i mogę np. przez dwa lata pracować nad spektaklem w Dzierżoniowie.

- Na czym polega to kształtowanie? Co daje młodym ludziom teatr?

Myślę, że przynosi im uporządkowanie wewnętrzne: pozwala im wyraźniej wyodrębnić się z rzeczywistości i daje bardziej precyzyjny tej rzeczywistości ogląd. Aby zagrać jakąś rolę należy po pierwsze zbudować porządek w swojej głowie. Jest to podstawowym warunkiem tego, żeby poprzez spektakl komunikować się z drugim człowiekiem siedzącym na widowni. Często ta praca nad rolą prowadzi do zmiany w ich systemach wartości, zaczynają więcej rozumieć.. Wiek 15-20 lat jest momentem, który jak sądzę decyduje o naszym dalszym życiu. Momentem wypuszczenia kiełka z ziarna. To od nas zależy, czy zostaniemy pospolitą rośliną czy pięknym platanem. W tym staram się moim aktorom pomagać.

- To, co się w Tobie urodziło, gdy czytałeś "Odrę" w młodości teraz przekazujesz dalej. Czy twoi
aktorzy to zarażenie przekazują innym - swoim przyjaciołom, rodzinom, kolegom z klasy?

Jeśli tak jest to... chyba moje życie ma sens. Jestem człowiekiem spełnionym. Właściwie się udało.

 

 
  Rozmawiała i zapisała: Natalia Szostak  

Zamknij